MBielski - fotograf slubny Warszawa
MENU

Jedziesz do Puław i nie wiesz czego się spodziewać. Znasz adres, znasz imiona, widziałeś moodboard – ale to co czeka za rogiem, tego nie da się przewidzieć. I dobrze, bo inaczej byłaby to tylko praca, a to – to było coś więcej
Niebieska Alpina A110 pod kościołem, silnik który słyszysz zanim zobaczysz, i ona – Sandra, z rodzinnego miasta, w drodze do człowieka z którym przejechała pół świata i zamierza przejechać drugą połowę. Marcel, spokój i uśmiech, jakby wiedział że dziś wszystko się uda. I miał rację.

Puławy to miasto Sandry. Tu wyrosła, stąd ruszyła w świat, i tu wraca – żeby wziąć ślub. Jest w tym coś pięknego, kiedy ktoś nie szuka egzotyki, nie leci na Santorini, nie potrzebuje Toskanii (chociaż Toskanię i tak sobie przywiózł – o tym za chwilę). Wraca do siebie. *Tornare a casa*, jak mówią Włosi, i w tym geście jest więcej niż w jakimkolwiek destination wedding.
Kościół, bliscy, wzruszenie ojca – prawdziwe, nie ustawione, nie wyreżyserowane. Sandra w drodze do ołtarza a Marcel, który czeka i jedyne co widać to że czeka od dawna. Nie od godziny, od lat. I że doczekał.

Jeśli nie byliście w Hotelu Trzy Korony, to nie wiecie czym jest to światło wpadające przez okna, których nikt się nie spodziewa. Nieoczywiste, pod różnymi kątami, ostre słońce popołudnia, które rysuje na ścianach wzory jak w galerii sztuki współczesnej. A za hotelem – jezioro, gładkie, spokojne, z niebem odbijającym się na powierzchni jak w filmie Felliniego.
Przestrzeń. Na zewnątrz – dużo przestrzeni, trawy, powietrza. I to jest luksus, prawdziwy, nie ten ze złotych ram i kryształu. Luksus to jest kiedy oddychasz i nie musisz się spieszyć.

A teraz Toskania. Bo Sandra i Marcel – fanatycy. Nie tacy, co byli raz na wakacjach i kupili oliwkę na lotnisku. Fanatycy – z kilometrami włoskich dróg na liczniku, z nalewkami z różnych regionów Włoch w kąciku degustacyjnym.
Sala – ogromna ilość zieleni, świece, cytryny, *i limoni*, jakby ktoś przeniósł kawałek ogrodu z Positano prosto do Puław i jakoś to trzyma się kupy, a nawet więcej – jest piękne. Świecący księżyc stojący w rogu sali, nad głowami gości, jakby ktoś powiedział – niech będzie noc, nawet jeśli za oknem jeszcze dzień.
Gdyby ktoś mnie zapytał – jaki to był motyw?

Nie motyw. To był styl życia przeniesiony na wesele.

Na wejściu czekała na nich wieża z kieliszków szampana. Nie ta z katalogu, nie ta z Pinteresta – ich. Własna, wysoka, błyszcząca. Sandra i Marcel sami ją polali, szampan spływający z góry, bąbelki, brzęk szkła, oklaski.

A potem pizza. Nie zwykła pizza z cateringu – prawdziwy pizzerman, na zewnątrz, z piecem, z mąką na rękach i z tym sposobem rzucania ciasta który znasz z filmów. Każdy gość mógł zrobić swoją. Każdy. A Sandra i Marcel – razem, we dwoje – ulepili pizzę w kształcie serca i obdarowali gości. Nie tort, nie babeczki, nie candy bar – pizza, bo *l’amore è come la pizza – migliore quando è condivisa*.
I to jest to, ten moment, w którym wesele przestaje być weselem a zaczyna być festiwalem. Festiwalem dwojga ludzi, którzy wiedzą kim są i czego chcą. A chcą pizzy, szampana, i siebie nawzajem.

Parkiet rozpalony do granic czerwoności, jak mówią – a mówią prawdę, bo byłem tam i widziałem. Nie chodzi o to że ludzie tańczyli – chodzi o to JAK tańczyli. Z całą energią, którą zbierali cały dzień, od kościoła przez obiad, przez nalewki, przez pizzę, aż do momentu kiedy DJ puścił to jedno i już nie było odwrotu.
Oczepiny – w stylu Squid Games. Tak. I nie, to nie jest żart. Sandra i Marcel nie idą na kompromis nawet w oczepiach. Jeśli już, to niech będzie gra, niech będzie napięcie, niech będzie coś czego nikt nie zapomni. I wygrali wszyscy.
Na zewnątrz – fotobus. Goście wygłupiali się, robili zdjęcia, budowali wspomnienia z rekwizytów i śmiechów, i tego lekkiego szaleństwa które możliwe jest tylko wtedy, kiedy gospodarz daje Ci przestrzeń żeby być sobą. A Sandra i Marcel dają – bo sami tacy są.

Miłość, którą czuć dłużej niż jeden dzień
Dzień wcześniej byłem w Łodzi, na weselu. Zmęczony, pociąg, walizka. A tu – Puławy, jezioro, Alpina, cytryny. I nawet nie wiem kiedy to się stało, ale energia Sandry i Marcela, ich radość, ich gorące serca (bo nie ma innego słowa) – wciągnęła mnie tak, że zapomniałem o zmęczeniu, o godzinach, o tym że to jest praca.
Bo to nie była praca. To był przywilej.
Ich miłość czuć było nawet długo po zakończeniu wesela. Kiedy już było po wszystkim, kiedy goście rozjechali się do domów, kiedy kelnerzy zbierali ze stołów ostatnie cytryny – to uczucie zostało. Jak zapach włoskiej kuchni który wchodzi w ściany i zostaje na dobre.

Sandra x Marcel, dziękuję. Za Puławy, za Toskanię w Puławach, za pizzę w kształcie serca i za to że przypomnieliście mi po co to robię. Wszystkich włoskich szaleńców – zapraszam do mnie. Najgoręcej.
*Alla prossima avventura.* 🩷

Comments
Add Your Comment

CLOSE