O mnie · Fotograf ślubny Warszawa

Cześć, jestem Mateusz - fotograf ślubny z Warszawy.

Fotografuję śluby od 2014 roku. To już ponad dekada stania z boku z aparatem przy oku, podczas gdy ludzie przeżywają jeden z tych dni, które potem wracają we wspomnieniach częściej niż większość pozostałych dni w roku razem wziętych.

12+lat doświadczenia
340+fotografowanych par
5.0w opiniach Google
01Początek

Bez śpiewki o pasji od dziecka

Mateusz Bielski - autoportret fotografa ślubnego z Warszawy
Autoportret · 01

Nie mam przygotowanej historyjki o aparacie znalezionym na strychu. Prawda jest prostsza - w pewnym momencie zorientowałem się, że w fotografii najbardziej interesuje mnie nie to, co da się ułożyć, tylko to, czego nie da się przewidzieć. Łza, która pojawia się w złym świetle. Śmiech, który wybucha w niewłaściwym momencie ceremonii. Dziadek, który poprawia krawat wnuczkowi tuż przed wejściem do kościoła i nie wie, że ktoś to widzi.

Te momenty są lepsze niż cokolwiek, co mógłbym wyreżyserować. I to jest właściwie cała moja metoda pracy w jednym zdaniu.

02Sposób patrzenia

Czego szukam, kiedy patrzę przez wizjer

Mateusz Bielski - fotograf ślubny MBielski, autoportret z aparatem
Autoportret · 02

Większość ludzi spina się przed aparatem. To naturalne - kamera kojarzy się z pozowaniem, z „ustaw się", z dwiema sekundami napiętego uśmiechu, który na zdjęciu wygląda potem jak grymas. Moja robota polega na tym, żeby ten moment napięcia w ogóle nie nastąpił. Żeby aparat przestał być czymś, na co trzeba reagować, i stał się częścią tła - jak krzesło, jak świeca na stole, jak szum rozmów.

Kiedy to się uda, dzieje się coś, czego nie da się sztucznie odtworzyć. Ludzie zaczynają zachowywać się tak, jak wtedy, gdy nikt nie patrzy. Para młoda zerka na siebie w trakcie przemówienia świadka - i ten jeden wzrok mówi więcej niż godzina pozowanych ujęć o zachodzie słońca. Babcia ociera łzę chusteczką, którą nosi w torebce, odkąd pamięta. Ktoś się potyka, ktoś śmieje się za głośno, ktoś tańczy, jakby nikt nie patrzył - bo rzeczywiście nikt nie patrzy. Oprócz mnie. I oprócz aparatu.

To są zdjęcia, które po latach oglądacie najczęściej. Nie te z sesji w idealnym świetle - te z momentu, o którym nawet nie pamiętacie, że się wydarzył.

03Zasada numer jeden

Dlaczego nie ustawiam

Mógłbym. Umiem. Znam wszystkie triki - gdzie postawić parę, jak złapać złote światło, jak wyreżyserować „spontaniczny" pocałunek tak, żeby na zdjęciu wyglądał naturalnie. To nie jest trudne. To jest po prostu nudne - i, co gorsza, nieuczciwe wobec tego dnia.

Wasz ślub wydarza się raz. Nie da się go nagrać drugi raz, bo „ujęcie nie wyszło". Można za to przegapić to, co naprawdę się dzieje, kiedy cała energia idzie w ustawianie ludzi pod kątem najlepszego światła. Wolę spędzić ten czas inaczej: patrząc, czekając, będąc tam, gdzie coś może się wydarzyć - zamiast produkować sytuacje, które dobrze wyglądają w kadrze, ale nie są prawdziwe.

To podejście ma swoją cenę. Czasem oznacza zdjęcie, które nie jest idealnie ostre, bo ktoś poruszył się w złym momencie. Czasem kadr, na którym ktoś ma zamknięte oczy. Ale prawie zawsze oznacza fotografię, która za dwadzieścia lat wywoła łzy - bo będzie prawdziwa, a nie wyreżyserowana.

04Estetyka

Ziarno, niedoskonałość i dlaczego to działa

Żyjemy w czasach, w których każde zdjęcie można wygładzić, rozjaśnić i „poprawić" do granic możliwości. Skóra bez porów, niebo zawsze błękitne, każdy kadr symetryczny. Problem w tym, że takie zdjęcia - choć technicznie nienaganne - często nie niosą żadnej emocji. Wyglądają jak reklama, a nie jak wspomnienie.

Ja celowo zostawiam w kadrach trochę życia. Ziarno, naturalne cienie, kolory takie, jakie były tego dnia - a nie wykreowane w laboratorium. Bo kiedy za trzydzieści lat otworzycie album, chcecie zobaczyć, jak naprawdę wyglądał tamten wieczór: z tym konkretnym światłem lamp na sali, z tą mgłą nad łąką, ze zmęczeniem na twarzach o trzeciej w nocy, kiedy bawiliście się tak, że bolały nogi.

Bez tego zdjęcie jest ładnym obrazkiem. Z tym - staje się dowodem, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.

Najlepsze zdjęcia powstają wtedy, kiedy nikt już nie pamięta, że są robione.
Mateusz Bielski · reportaż ślubny
05Na sali

Moja praca polega też na tym, żeby mnie nie było

Dobry fotograf ślubny to ktoś, kogo po jakimś czasie przestajecie zauważać. Nie chodzę w jaskrawych kolorach, nie ustawiam się w pierwszym rzędzie, nie krzyczę „jeszcze raz, popraw włosy". Poruszam się po sali tak, żebyście musieli się zastanowić, gdzie właściwie jestem - a potem, przy oglądaniu zdjęć, zdziwić się, że uchwyciłem moment, którego sami nie pamiętacie.

To także forma szacunku. Wasz ślub to nie plan zdjęciowy, na którym ja jestem reżyserem, a Wy aktorami. To Wasz dzień, Wasi goście, Wasze emocje. Moja rola to być świadkiem - uważnym, dyskretnym, czasem niewidocznym - a nie kimś, kto organizuje ten dzień od nowa pod kątem kadru.

I jeszcze jedno, bo to ważne: w dniu ślubu nie jestem tylko gościem z aparatem. Bywam też kimś, kto rozładuje napięcie tuż przed wejściem do kościoła, znajdzie zapasową agrafkę, podpowie świadkowej, jak wpiąć welon - a wieczorem, jak trzeba, zrzuci marynarkę i pójdzie z Wami na parkiet.

06Całość, nie kadry

Film poklatkowy zamiast albumu ze zdjęciami

O dniu ślubu myślę jak o jednej historii, a nie o zbiorze osobnych, niepowiązanych ujęć. Poranne przygotowania. Pierwszy raz, kiedy widzicie się w pełnym stroju. Ceremonia - i te dziesięć minut zaraz po niej, kiedy adrenalina opada i nagle wszyscy są szczęśliwi i trochę oszołomieni. Przyjęcie, pierwszy taniec, ten moment nad ranem, kiedy zostaje już tylko najbliższa ekipa.

Każde zdjęcie to jedna klatka tego filmu. Osobno może wyglądać zwyczajnie. Razem, ułożone w odpowiedniej kolejności, opowiadają coś, czego nie da się opowiedzieć słowami - jak wyglądał Wasz dzień, minuta po minucie, od pierwszego oddechu rano do ostatniego tańca w nocy.

Dlatego nie poluję na „hero shoty" - pojedyncze, efektowne kadry pod social media. Skupiam się na ciągłości. Na tym, żeby za trzydzieści lat dało się usiąść z kawą, otworzyć reportaż ślubny i poczuć, że znowu się tam jest.

07Perspektywa

Co zostaje po latach

Robiłem już zdjęcia parom, które dziś mają nastolatków. Czasem wracają pokazać mi fotografie swoich dzieci - i przy okazji otwieramy tamten album. Za każdym razem dzieje się to samo: najpierw śmieją się z fryzur, z mody, z tego, jak wyglądała sala. A potem zatrzymują się na jednym zdjęciu. Tym, na którym śmieje się ktoś, kogo już nie ma. Albo tym, gdzie widać twarz babci, która już wtedy chorowała, ale tamtego dnia tańczyła do białego rana.

To są zdjęcia, których nie dało się zaplanować i których nikt wtedy nie uznał za ważne. Po latach okazują się najcenniejsze ze wszystkich.

Dlatego mówię, że nie robię zdjęć „na dziś". Robię je na 2056 rok - dla Was, dla Waszych dzieci i dla wszystkich, którzy kiedyś otworzą ten album, żeby poczuć, jak to naprawdę było.

08Prywatnie

Poza ślubami

Po sezonie ślubnym szukam zupełnie innego rytmu - najczęściej na motocyklu. Adrenalina to mój drugi język: kocham agresywne przyspieszenie i prędkość, dźwięk V8 bardzo lubię, a przy V12 mięknę zupełnie. Jednocześnie - co zgodnie potwierdzą moi najbliżsi - jestem człowiekiem mocno wrażliwym i uczuciowym. Podejrzewam, że bez tych dwóch biegunów nie dałoby się robić zdjęć, które jednocześnie gonią moment i potrafią go poczuć.

Druga miłość to muzyka. Festiwale to mój żywioł - od mocnego techno, przez rap, po klasykę. Ta rozpiętość zaskakująco pomaga na weselach: parkiet o drugiej w nocy i wzruszenie przy pierwszym tańcu to w gruncie rzeczy ta sama energia, tylko w innym tempie.

W domu czeka na mnie Molly - lagotto romagnolo, czyli pies, który teoretycznie jest biały, a praktycznie zawsze ubrudzony po same uszy. Coś w tym jest z mojej filozofii kadru: to, co trochę ubrudzone życiem, jest najprawdziwsze.

Fun fact na koniec: poza ślubami robię sporo portretów, ale na wakacje nigdy nie zabieram aparatu - wtedy odpoczywam od patrzenia przez wizjer. I jak to u fotografa bywa, sam prawie nie mam swoich zdjęć - choć dwa autoportrety, które minęliście wyżej, sugerują, że właśnie zaczyna się to zmieniać. A kiedy odkładam aparat zupełnie, buduję strony internetowe i karmię analityczną stronę głowy - tę samą, która na weselu liczy światło, zanim ktokolwiek zdąży mrugnąć.

Zaproszenie

Jeśli czytasz to i myślisz „to brzmi jak my"

- czyli wolicie prawdziwe emocje od wystudiowanych póz, cenicie dyskrecję i chcecie za 30 lat oglądać zdjęcia, które naprawdę coś znaczą - to chyba się dogadamy. Najlepiej zacząć od rozmowy. Nie sprzedażowej, tylko zwykłej: o Was, o dniu, o tym, czego się boicie i na co najbardziej czekacie. Reszta zwykle układa się sama.

Czytaj też: Strona główna Ile kosztuje fotograf ślubny? Reportaże ślubne