Po sezonie ślubnym szukam zupełnie innego rytmu - najczęściej na motocyklu. Adrenalina to mój
drugi język: kocham agresywne przyspieszenie i prędkość, dźwięk V8 bardzo lubię, a przy V12
mięknę zupełnie. Jednocześnie - co zgodnie potwierdzą moi najbliżsi - jestem człowiekiem mocno
wrażliwym i uczuciowym. Podejrzewam, że bez tych dwóch biegunów nie dałoby się robić zdjęć,
które jednocześnie gonią moment i potrafią go poczuć.
Druga miłość to muzyka. Festiwale to mój żywioł - od mocnego techno, przez rap, po klasykę.
Ta rozpiętość zaskakująco pomaga na weselach: parkiet o drugiej w nocy i wzruszenie przy
pierwszym tańcu to w gruncie rzeczy ta sama energia, tylko w innym tempie.
W domu czeka na mnie Molly - lagotto romagnolo, czyli pies, który teoretycznie jest biały,
a praktycznie zawsze ubrudzony po same uszy. Coś w tym jest z mojej filozofii kadru:
to, co trochę ubrudzone życiem, jest najprawdziwsze.
Fun fact na koniec: poza ślubami robię sporo portretów, ale na wakacje nigdy nie zabieram
aparatu - wtedy odpoczywam od patrzenia przez wizjer. I jak to u fotografa bywa, sam prawie
nie mam swoich zdjęć - choć dwa autoportrety, które minęliście wyżej, sugerują,
że właśnie zaczyna się to zmieniać.
A kiedy odkładam aparat zupełnie, buduję strony internetowe i karmię analityczną stronę
głowy - tę samą, która na weselu liczy światło, zanim ktokolwiek zdąży mrugnąć.